30km. W poszukiwaniu ciepłych źródeł.

Rotorua to z jednej strony taki polski Ciechocinek ze swoimi gorącymi wodami i błotkami, trochę Mazury ze swoimi wielkimi jeziorami.  Główne to oczywiście jezioro Rotorua, ale też parę innych, które znajdują się w niewielkiej odległości od siebie. Każde jezioro położone jest w otoczeniu gęstych i zachwycających buszy, pełnych „pure NZ nature”.  Nam udało się przejść praktycznie każda trasę, którą oferował ten region, więc jesteśmy z siebie bardzo dumni. Zaczęliśmy od dość prostej trasy prowadzącej dookoła dwóch jezior. Na szczycie jednej z górek można popatrzeć się w prawo na Blue Lake i na lewo Green Lake.

Zaczęliśmy od śniadania, spotkaliśmy bardzo miłego pana, który znał Wałęsę a podczas pobytu w armii, stacjonował z jednym Polakiem, o którym miał niezliczone ilości prześmiesznych historii. Uśmialiśmy się z jego opowieści, popodziwialiśmy jego niesamowitego psa i ruszyliśmy przed siebie:)

To była miła rozgrzewka przed naszą pierwsza tak długą trasą, czyli 30km trasą prowadząca do gorących wód przy jeziorze Tarawera.

P1140147.JPG

Nazwa rozbudziła nasze oczekiwania, w szczególności po tłumach, które spotkaliśmy nas na Hot Water Beach na Coromondel. Dodatkowo nasza ciekawość podsycona była opowieściami znajomych z Francji, którzy nie mogli się nachwalić jaka to super wycieczka, no i że po prostu musimy tam iść będąc w okolicy. Po takich zapewnieniach nie mogliśmy zrobić nic innego jak wstać z samego rana i ruszyć 15 km przed siebie, poprzez nowozelandzki busz, w poszukiwaniu ciepłego źródła wypływającego ze skały.

P1140118.JPG

Mateusz jeszcze się cieszy, bo nie wie co go czeka 🙂

Wyobrażaliśmy sobie to mniej więcej jako wielki wodospad płynący z równie wielkiej skały i niewielkie jezioro ukryte wśród olbrzymich paproci.. a w tym wszystkim my z uśmiechami na twarzy i butelką nowozelandzkiego  piwka w ręku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z takim zapałem i oczekiwaniami, każdy by się porwał na taką trasę, prawda? Nic nie zwiastowało nadchodzącego nieszczęścia, nawet rozmowy z lokalnymi mieszkańcami, które ucięliśmy sobie w jednym z barów, objeżdżając jezioro Rotorua dookoła. Cóż, oni jakby trochę nam tę trasę odradzali, trochę patrzyli się na nas jak na wariatów, że chcemy ją zrobić tam i z powrotem.

No bo oczywiście można było przypłynąć lub wrócić na Hot Water Beach wodną taxi, ale jak już weszliśmy w rolę backpackerów to musimy się jej trzymać i chociażby nie wiemy co, to na taxi się nie porwiemy

P1140136.JPG

 Mijając ostatni znak, mówiący, że jeszcze można, jeszcze jest zasięg i jest nadzieja, a w nogach jakby mało sił, myśleliśmy, że przecież zaraz gorące źródła, zaraz regeneracja i…

i dotarliśmy.

15 km za nami. Brak zasięgu, Water Taxi nigdzie nie widać, pewnie od paru dni zresztą ich tu nie było, 15 km przed nami a Hot Water Beach.. no sami spójrzcie.

P1140137.JPG

W mini bajorku posiedzieliśmy parę minut (plus, że naprawdę źródełko, nie mające nic wspólnego z naszymi wyobrażeniami, było bardzo ciepłe) i ruszyliśmy w drogę powrotną.

P1140121.JPG

Cóż to była za katorga. Chociaż staraliśmy się przez pierwsze kilometry wciąż się uśmiechać i dodawać sobie otuchy, że przecież zaraz koniec.

P1140144.JPG

W mini bajorku posiedzieliśmy parę minut (plus, że naprawdę źródełko, nie mające nic wspólnego z naszymi wyobrażeniami, było bardzo ciepłe) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Cóż to była za katorga. Każdy metr dłużył się niemiłosiernie a jak już wiedzieliśmy, że jesteśmy tuż tuż, już z oddali widzieliśmy naszą Estimę i już czuliśmy tę miękkość materaca, na którym zaraz się położymy.. zgubiliśmy się. Tak drodzy Państwo, zgubiliśmy się na prostej drodze. Mateusz pewnie szedł przed siebie, chociaż ledwo zipiał a Karolina z głową spuszczoną w dół, krok za krokiem w milczeniu, aby nie pogarszać już ciut napiętej sytuacji, dreptała za nim. Dopiero jak znów zaczęliśmy ostre podejście a potem jakieś dziwne łańcuchy, zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak i gdzieś na tej prostej drodze, musiało być odbicie w bok. Zawracamy i faktycznie, po około 20 minutach na środku drogi stał znak, który, chyba już z przemęczenia, obydwoje ominęliśmy. Ale w końcu dotarliśmy, udało się!

P1140158.JPG

Wtedy też obiecaliśmy sobie, że 30km szlaki nie są dla nas. No po prostu nie. I że więcej się na takie szaleństwo nie porwiemy… sami się z tego śmialiśmy, kończąc 4 dni później naszą kolejną 11 godzinną trasę. Cóż, to Nowa Zelandia, kto tu dużo nie chodzi, ten trąbka!

 

Advertisements

Rotorua. Maorysi. Gejzery. I zepsute jajo.

Po Hobbitonie, pięknym Coromandel i przygodach w Auckland pomału przesunęliśmy się w głąb północnej wyspy i dotarliśmy do miasta Rotorua, położonego nad pięknym jeziorem o tej samej nazwie.

P1120068.JPG

Sama nazwa w języku Maorysów oznacza Drugie jezioro‚ (Roto: jezioro, rua: dwa/drugie) i została nadana miastu przez jednego z maoryskich odkrywców. Jest to jedno z najbardziej turystycznych miejsc w centralnej części północnej wyspy i zarazem jedno z najbardziej niezwykłych. Ale od początku. Zaraz po otworzeniu drzwi auta nas brzegiem jeziora, równocześnie wykrzyknęliśmy „ALE ŚMIERDZI!”. Cóż, w tym momencie dotarło do nas, że przecież sami chcieliśmy przyjechać, zobaczyć no i poczuć to miasto. A czuje się głównie zapach zgniłego jajka, który jest wynikiem unoszącego się w powietrzu siarkowodoru.

P1130098.JPG

 Ale nie ma się co dziwić, Rotorua to jedno z najbardziej aktywnych wulkanicznie miejsc w Nowej Zelandii. Jest tu chyba wszystko co przekona największego niedowiarka, że Ziemia to jeden, wielki żyjący organizm – od gorących jezior, po wulkany, gejzery czy baseny z bulgoczącym błotem.

Po ogarnięciu miejsca do spania,  ruszyliśmy pozwiedzać okoliczne atrakcje, co zajęło nam kolejny tydzień!

Totalnie podekscytowani ruszyliśmy do Kuirau Park, który znajduje się w centralnej części miasta. W tym parku naprawdę trzeba uważać, bo gorące gejzery często znajdują sobie nowe ujścia, więc lepiej trzymać się wyznaczonych ścieżek 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po drugiej stronie parku trafiliśmy na miejskie gorące źródła, więc skorzystaliśmy z okazji i zatrzymaliśmy się tam na krótki relaks.

P1120083.JPG

10 minutowy spacer dzielił nas od Maoryskiej wioski Ohinemutu Village, która wciąż zrzesza aktywną część społeczności Maorysów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Można zobaczyć jak powstają oryginalne Maoryskie rzeźby, wejść do środka Marae (domu spotkań) a przy odrobinie szczęścia zobaczyć prawdziwą Hakę czy nauczyć się oryginalnych Maoryskich tańców.

Ta mała wioska to zaledwie parę domów, cmentarz, kościół i wspomniane Marae. Trochę na uboczu, trochę jakby zapomniane i wyparte przez zrobioną pod turystów wioskę Te Puia, ale wciąż żywe i uroczo naturalne.

Kolejną miejską, intensywnie pachnącą atrakcją to Sulphur Bay. Miejsce niezwykłe, idealne na krótki wieczorny spacer, kiedy już powietrze powoli się ochładza, a skały zaczynają parować jeszcze intensywniej niż za dnia.

P1160242.JPGDodatkowo to wielka gratka dla miłośników ptaków, ale uwagą Pukeke stają się dość natarczywe, gdy zwęszą w pobliżu jedzenie! I jak zwykle trzeba uważać, bo mini gejzery buchające z ziemi są naprawdę gorące! Mateusz oczywiście się tym nie przejął i musiał się przekonać, czy ta woda to naprawdę taka gorąca 🙂

P1160245.JPG

Ostatniego dnia w Rotorua wybraliśmy się do Government Gardens, po których oprowadzała nas przeurocza pani przewodnik. Wiek około 80 lat, werwa niejednej 20 latki. Dodatkowo była tak ucieszona, że pomimo niesprzyjającej pogody, ktoś pojawił się na zwiedzaniu, że gdyby nie deszcz, który jednak przerwał nam to przesympatyczne spotkanie, to na pewno trwałoby one jeszcze dłuższą chwilę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I tak dowiedzieliśmy się o historii miejskiego SPA, ufundowanego w celu promowania NZ na świecie w 1898 roku,  ciekawostek dotyczących stosunków Maorysko-Brytyjskich czy co nieco o sztuce współczesnej NZ.

Kolejne dni spędziliśmy dużo aktywniej, przemierzając sporo kilometrów, aby Rotoruę poznać od trochę innej strony 🙂

*W Rotorua przebywaliśmy od 11 do 18 stycznia.

Fiber fresh NEC Taupo, z wizytą u koni arabskich.

Do Fiber fresh NEC Taupo, czyli największego ośrodka jeździeckiego na północnej wyspie, trafiliśmy zupełnie przypadkiem. Po opuszczeniu Rotorua, o której na pewno napiszemy, udaliśmy się nad jezioro Taupo, gdzie zamierzaliśmy zostać przez parę dni. Karolina jak to Karolina, stara się zobaczyć w Nowej Zelandii absolutnie wszystko, co związane jest  z końmi, więc po ujrzeniu strzałki —-> The National Equestrian Centre, nasz kierunek mógł być tylko jeden…:)

Cały teren ośrodka robił niesamowite wrażenie. Dwa otwarte czworoboki, duży i mały, wielka hala, parkur, przeszkody do crossu – idealne warunki do trenowania!

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAP1210577.JPG

Co do samych stajni odnoszę (ja – Karolina) nieco gorsze wrażenie. Wszystko wygląda jakby było zaniedbane, wręcz ciut rozwalające się, ale już zdążyliśmy zauważyć, że w takich ośrodkach jeździeckich konie nie stoją na codzień. Są przywożone od święta, czyli od zawodów do zawodów, ewentualnie właściciele przyjeżdżają tu z końmi na treningi we własnym zakresie, a konie w większości trzymane są w przydomowych stajniach.

Traf chciał, że akurat w stajni odbywały się zawody – mistrzostwa północnej wyspy w rajdach długodystansowych na 160km, 120km, 80km, 65km i 37,3km z trafieniem w normę czasu. Oczywiście poznaliśmy parę ciekawych osób, dla których to my staliśmy się ciekawostką, ponieważ jeździectwo w Nowej Zelandii, chyba nie cieszy się aż taką popularnością, więc rozmowy z szumnie zwaną publicznością zawsze w cenie. Dowiedzieliśmy się, że start głównego konkursu zaczyna się o 3 w nocy i wszyscy nas zachęcają, żebyśmy zostali i kibicowali, bo przecież możemy zaparkować auto na terenie hipodromu, bo mają kuchnie, z której możemy korzystać, bo jest prysznic, z którego możemy korzystać.. stop! Prysznic? Ok. Nie trzeba nam dwa razy powtarzać. Zostajemy.

Pierwsza pobudka o 3 w nocy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Start najdłuższego w tym dniu konkursu na 160km. Co ciekawe w tych zawodach 99% koni to konie arabskie, których rasa najlepiej sprawdza się w rajdach długodystansowych. Są to konie wytrzymałe, o wielkim sercu i nigdy nie poddające się.  Druga ciekawostka, to waga jeźdzca i sprzętu, która nie mogła być niższa niż 75kg. Z tego względu niektórzy jeźdźcy mieli leciutkie siodła, a niektórzy tak ciężkie, że ledwo mogli je unieść.

No ale, startujemy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem kilka godzin snu i od 7 rano działo się! Zaczęły się przeglądy weterynaryjne (w najdłuższym konkursie co 40km, konie i zawodnicy przechodzą kontrolę weterynaryjną, oraz mają 40 minut na odpoczynek, po czym ruszają znowu w trasę), starty i finały kolejnych konkursów. Generalnie wrzawa i pełno koni!

Przyjazd na kontrole, zrzucenie sprzętu, schłodzenie konia i chwila odpoczynku.

P1210583.JPG

Przegląd weterynaryjny – bardzo nam się podobało, że zawodnicy byli w każdym wieku.

P1210582.JPG

Tu widać, ile koni na raz czekało na swoją kolej.

P1210588.JPG

To co bardzo się nam podobało, a nie widzieliśmy tego w Polsce, to “przenośne” mini padoki, które zawodnicy rozstawiali sobie, w zasadzie gdzie chcieli.

P1200471.JPG

Oczywiście sporo czasu spędziliśmy, na rozmowach z różnymi zawodnikami, czy ich rodzinami, które chętnie dzieliły się z nami swoimi historiami. Całe zawody trwały jeszcze długo, ale po południu zdecydowaliśmy się na wyjazd w dalszą drogę. Najfajniejsza tu była atmosfera, zupełnie na luzie, bez jakiejkolwiek zawiści, wszystko na zasadzie “fajnie, że wszyscy się razem spotkaliśmy i spędzieliśmy trochę czasu z naszymi końmi” 🙂

A Mateusz znalazł też najlepszego kumpla, który strasznie płakał jak odchodziliśmy, więc jest cień szansy, że kiedyś pokocha konie tak jak Karolina 😀

P1210570.JPG

 

Te Waihou Walkway and the Blue Spring, czyli skąd się pije wodę w Nowej Zelandii.

O Blue Spring dowiedzieliśmy się przypadkiem od przemiłej rodziny z Polski, która przemierzała camperem Nową Zelandię podczas swoich paru tygodniowych wakacji. Byliśmy wtedy w okolicach Matamaty, więc w głowie mieliśmy tylko Hobbiton, Hobbiton, Hobbiton i zupełnie zapomnieliśmy, że w okolicy może być coś jeszcze do zobaczenia. Dobrze, że po chwili rozmowy z rodakami, nasze myślenie wróciło na odpowiednie tory 🙂

The Blue Spring to była krótka wycieczka, raczej taka dłuższa przerwa na trasie, ale warto było! Ta woda, ten kolor, ta przejrzystość! Z tego źródła pochodzi aż 70% pitnej wody w Nowej Zelandii, więc nie zabrakło też miejsca, w którym mogliśmy uzupełnić nasze zapasy wody na kolejne parę dni. A smak wody prosto ze źródła w upalny dzień? Tak wspaniały, że do tej pory wspominamy 🙂

Sami zobaczcie jak pięknie tu było.

Na początek krótki spacer.

P1111710.JPG

A tuż za rogiem zaczynają się nasze ochy i achy.

P1111711.JPG

Po chwili już nie mówimy nic, niesamowite jak piękno wody potrafi zamknąć człowiekowi usta 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

P1111712.JPG

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dla potwierdzenia, tak byliśmy tam, to nie jakieś fototapety:)

Tauranga i Mt. Maunganui, miejsce, w którym chcielibyśmy zostać na dłużej.

Po czasie spędzonym na półwyspie Coromondel, żwawo ruszamy do Auckland, by zdobyć tak długo wyczekiwaną certyfikacje dla naszej Estimy. Zatrzymujemy się u Dominiki i Sławka, znajomych, których poznaliśmy wirtualnie, podczas walki o wizy. Najwyższy czas poznać się w tzw. realu  🙂

Bardzo Wam dziękujemy za Waszą gościnność!

Wszystko poszło zgodnie z planem, spędziliśmy uroczy czas z gospodarzami i zdobyliśmy certyfikację. No dobra, tak było, ale nie do końca…

  • przez większość czasu tak padało, że nie dało się wyjść z mieszkania, wiec nici z planowanego wypadu po mieście (zdjęć brak)
  • nasza Estima zaliczyła zbyt bliskie spotkanie ze słupem, czego konsekwencją była rozwalona lampa. Rada dla wszystkich:  jak masz w aucie z każdej strony firanki i nic nie widać, to znaczy, że trzeba je odsłonić, zanim zacznie się cofać.IMG_20180105_094740
  • kasyno z Dominiką i Sławkiem – uwielbiamy ten rodzaj rozrywki, zawsze wywołuje u nas dreszczyk emocji i nadzieję na fortunę, tylko, że jak tu się przegrywa to w dolarach… 😉  IMG_20180106_224823

Nie ma co marudzić, było super, następny cel to góra Mt. Maunganui.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAŻeby się tam dostać, trzeba przejechać przez  miasto Tauranga, które robi na nas mega wrażenie, czuć tu same $$. Na każdym kroku wypasione apartamenty, duże auta, świetna infrastruktura, lotnisko i największy port morski w Nowej Zelandii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATrzeba przyznać pogoda nam się udała, zachęciło to nas do rundki dookoła góry a potem wyjścia na szczyt.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wspinaczka na szczyt to nie były przelewki, gorąc i palące słońce dawały się we znaki, ale naprawdę było warto, przepiękny widok na miasto.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mateusz zachwycał się wielkimi kontenerowcami, które co parę minut wypływały z portu. Z racji tego, że na noc zatrzymaliśmy się właśnie przy porcie, mieliśmy okazję podglądnąć jak to wygląda z bliska. A na myśl przychodzi nam układanka z wielkich klocków lego, lub taki Tetris w wersji max.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na szczycie trafiliśmy na piękne miejsce z widokiem na niedalekie wyspy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A chwilę potem na grupę poszukiwaczy ekstremalnych wrażeń. I nam serce mocniej zabiło, gdy ten chłopak dosłownie skoczył w przepaść.

Po zejściu, chwilkę leżeliśmy na pobliskiej, przepięknej plaży, która tak nam się spodobała (tak samo jak całe miasto), że postanowiliśmy tam zostać przez kolejny dzień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak więc cały następny dzień spędziliśmy na leniuchowaniu i czytaniu książek na plaży, żeby wkrótce przenieść się w zupełnie inne klimaty, do miasta, które bulgocze, dymi, chlupie i wybucha gorącą parą…

 

P1081465.JPG

Coromandel – gorące plaże i zimne deszcze.

Półwysep Coromandel znajduje się na wschód od Auckland. Każdy, komu wspominaliśmy, że jedziemy w stronę Coromandel mówił, że to świetne miejsce, więc strasznie się cieszyliśmy na parę nadchodzących dni. Po atrakcjach dni poprzednich, przyszedł czas na gorące wody, przeplecione gwałtownymi ulewami.

Zacznijmy od Hot Water Beach. Jak to cudownie brzmi, prawda? Potrafi rozbudzić wyobraźnie, przynajmniej naszą. Fenomen tego miejsca bierze się oczywiście z gorącej wody, która  wypływa z wykopanych własnoręcznie dołków. Zjawisko to, jest możliwe dzięki gorącym skałom (pozostałości po wybuchu wulkanu), znajdującym się 2 kilometry pod plażą.

1.JPGWystarczy przyjść o odpowiedniej porze (odpływ), wykopać sobie dołek i już – domowe termy gotowe. Tak nas zachęcił taki opis, że już z rana byliśmy zwarci i gotowi do kopania własnego bajorka.

Na campingu dowiadujemy się, że najlepszą godziną na odwiedzenie tego miejsca jest 9 rano, więc na parkingu, już dość tłocznym, meldujemy się o 8:45. Przy plaży znajduje się dość dużo knajp, które tylko podkreślają turystyczność tego miejsca i oczywiście wszędzie znajdują się wypożyczalnie… łopat.  Po 5 minutach spaceru naszym oczom ukazał się tłum ludzi.

PC291166.JPG

Zbliżamy się i nie możemy uwierzyć,  ile ludzkich istot z łopatami pod pachą, potrafi zmieścić się na małym kawałku plaży.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niektórzy byli naprawdę zdesperowani, żadna głębokość nie była im straszna.

PC291163.JPG

Sprawdzamy nieśmiało wodę w jednej z utworzonych dziur na plaży i faktycznie, ciepła…

PC291159.JPG

Patrzymy chwile na tych ludzi i za bardzo nie wiemy, co możemy teraz robić. Taka forma relaksu, zdecydowanie nie jest dla nas, aczkolwiek jesteśmy absolutnie zafascynowani tym miejscem 🙂

 Porozumiewawcze spojrzenia  i wiemy, że  15 minut z Hot Water Beach nam wystarczy. Czas ruszać dalej, znaleźć jakąś plażę, na której w spokoju możemy zjeść śniadanie. Pomiędzy Hot Water Beach a naszym kolejnym punktem – Catherdal Cove znajduje się plaża Hehei. Strzał w 10! Jedna z naszych ulubionych plaż w Nowej Zelandii. Nie ma co się rozpisywać, popatrzcie na zdjęcia jak tam było pięknie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po całym dniu lenistwa stwierdzamy, że jednak wypadałoby coś jeszcze zobaczyć, więc godzinka spaceru i jesteśmy w kolejnym miejscu z „katalogu” czyli Cathedral Cove.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z racji tego, że było już dość późno i padał deszcz, chcieliśmy jak najszybciej zatrzymać się na jakimś campingu, wziąć prysznic i iść spać. Ale oczywiście, sezon wakacyjny, wszędzie można zostać pod warunkiem uprzedniej rezerwacji. Przed nami wizja spania na dziko (co za tym idzie wizja 200$ mandatu), ale na szczęście na campingu Earl’s Paradise, który z rajem miał mało wspólnego, dostajemy miejsce na nasz dom w aucie.

Z rana ruszamy na New Chum Beach – podobno znajduje się w rankingu Top 20 plaż w Nowej Zelandii, ale nas niczym szczególnym do siebie nie przekonała. Bardziej zachwyciliśmy się Hehei Beach czy małymi zatokami w drodze na Cathedral Cove.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem dotarliśmy do miasta Coromandel. Wydawało się, że będzie to miasto tętniące życiem, dodatkowo przed samym sylwestrem. Zupełnie przypadkiem, pomyśleliśmy sobie, że fajnie by było tu zostać i pooglądać okoliczne atrakcje, ale że campingi drogie, to trzeba by ogarnąć jak spać za free, bez narażania się na mandaty. No i proszę, mówisz  i masz. 5 minut później znajdujemy ogłoszenie, że pobliski camping poszukuje pomocników. 3 godziny pomocy, w zamian za spanie i kolacje. Zajarani naszym pierwszym Woofingiem, stawiliśmy się na miejscu. Gospodarze byli bardzo zdziwieni, ale jak dotarło do nich, że tak szybko przyjechaliśmy, dostaliśmy wielki rodzinny uścisk, kolacje i od rana zaczęliśmy pracę. No i cóż,  jak to czasem bywa, kiedyś wieczne szczęście musi się skończyć. Na campingu wytrzymaliśmy trzy dni, praca, którą mieliśmy wykonywać nam nie odpowiadała, więc zaraz po nowym roku spędzonym na plaży, ruszyliśmy do Auckland, gdzie czekał już na nas Nasar z Afganistanu ze swoim bratem, żeby zorganizować nam certyfikację naszego auta ze zwykłej Toyoty, na Toyotę Self Contained (te słowa niczym magiczne zaklęcia podnoszą wartość auta o kolejne $$$).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Tak oto zakończył się nasz rajd po półwyspie Coromandel. Całkiem szczerze, uważamy, że jeśli ktoś nie ma w planach zwiedzania Northland, to jest to bardzo ciekawe miejsce. Pełne pięknych plaż, wodospadów, tras wycieczkowych – jednym słowem to takie skompaktowane Northland, ale jeśli ktoś, tak jak my, w północnym regionie spędził sporo czasu, Coromandel nie spowoduje ciągłych ochów i achów. A może po prostu Nowa Zelandia, aż za bardzo rozpuściła nas swoim pięknem? 🙂

Waipu Caves, Piroa Falls, Broken Hills, czyli w drodze na Coromandel.

Zaraz po świętach, przyszedł smutny dla nas czas, rozstania się z Te Kopuru i całą ekipą, z którą spędziliśmy czas od połowy października do końca grudnia. Przyszedł czas na kolejne przygody i rozpoczęcie tej prawdziwej, ciągłej podróży a nie weekendowych wypadów. Kolejnym miejscem, w którym chcieliśmy spędzić parę dni był półwysep Coromandel, ale z racji tego, że od celu dzieliło nas 300 kilometrów, trasę rodzieliliśmy na parę dni, zatrzymując się w ciekawych miejscach.

Bye bye Te Kopuru. Bye bye lamb.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszym przystankiem były jaskinie Waipu Caves.

PC271012.JPG Co jest niezwykłego w tych jaskiniach? Fakt, że po wejściu w głąb, do drugiej czy trzeciej z “komnat” należy wyłączyć czołówki i.. czekać. Czekać, aż nasz wzrok przyzwyczai się do ciemności i zacznie wyłapywać najpierw pojedyńcze, swięcące w ciemności robaczki zwane Glowworm, żeby potem rozkoszować się widokiem drogi mlecznej nad swoją głową. Naprawdę widok zapierający dech w piersiach. Siedzieliśmy na kamieniach, z płynącym strumieniem u stóp i nie mogliśmy uwierzyć w to co się dzieje.

Zdjęcie tylko poglądowe, niestety nasz aparat nie był w stanie uchwycić tego niesamowitego zjawiska. 

waipu caves.jpg

Oszołomieni tym co zobaczyliśy, pojechaliśmy ochłonąć nad pobliski wodospad. Niestety czasy kiedy pod wodospadami kąpaliśmy się sami, minęły wraz z przyjściem tutejszych wakacji, więc odpoczynkiem nad wodą, dzieliliśmy się z lokalsami.

PC271053.JPG

Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali wejść na górę wodospadu. Czasem się udaje, czasem nie. Tym razem probowaliśmy, chociaż czasem było stromo a ścieżka, czy może jej brak prowadziła przez istną dżunglę, dotaliśmy.

PC271057.JPG

Popatrzcie, jestem na szczycie wodospadu, hejka!

PC271071.JPG

I ja też! Ja też!

PC271079.JPG

Po wodospadzie, minęliśmy Auckland, udając, że wcale nas tam nie było (to miasto nas nie lubi) i udaliśmy się na camping, który oczywiście okazał się parkingiem przy boisku do rugby. Budzenie się w okolicach tych wielkich bramek, staje się dla nas normą. Tylko dlaczego nikt, nigdy w to rugby nie gra?

PC281090.JPG

Kolejnego dnia, już jednym kołem byliśmy na półwyspie Coromandel. Postanowiliśmy, że zaczniemy z grubek rury i pojedziemy od razu w okolice największych turystycznych atrakcji czyli Hot Water Beach i Cathedral Coves. Ale zaraz, zaraz! Jeszcze krzyczy nam przewodnik, że po drodze Broken Hills i kopalnie złota, i że będzie kapało na głowę, a bez czołówek to lepiej się nie wybierać. No to ok, długo się nie zastanawiamy, zjeżdżamy z trasy i ruszamy.

Trasa od początku była bardzo malownicza i praktycznie pusta, przez parę godzin spotkaliśmy dwie osoby i całe szczęście, bo znowu prawie się zgubiliśmy na prostej drodze 🙂

PC281097.JPG

Po drodze mijaliśmy większe i mniejsze korytarze, którymi wożono złoto.

Jeszcze pare górek przed nami i przepiękne widoki.

PC281146.JPG W końcu docieramy do najdłuższego tunelu, więc czołówki w ruch i wchodzimy w ciemności.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po drodze znaki, które nas szczególnie pozytywnie do dalszego brnięcia w ciemności nie zachęcały 🙂

PC281120.JPG

Ale udało się! jesteśmy po drugiej stronie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wycieczkę zakończył wodospad, a jakże!

PC281150.JPG

Następnego dnia z rana, wyruszyliśmy, zobaczyć o co chodzi z tymi gorącymi wodami i popularnością półwyspu Coromandel…