Ngawha Hot Springs, czyli nie wszystko tu gra.

Zapowiadał się kolejny leniwy weekend na farmie. Pomału objeździliśmy wszystkie okoliczne atrakcje, o który na pewno tu napiszemy – jeziora, muzeum drzew Kauri itd. Za namową kolegi z Francji, wybraliśmy na weekend lokalną atrakcję, oddaloną od naszej farmy o ok. 95 km, czyli Ngawha Hot Springs.

Niesamowite widoki na trasie dodatkowo potęgowały dobry początek podróży. Tak, tak pajęczyny na lusterkach to jeden z atrybutów nowozelandzkich aut. Od starych toyot, do tych całkiem nowych 🙂

Wszystko zmieniło się, gdy już na miejscu otworzyliśmy drzwi.. Cóż, delikatnie mówiąc zapach nie zachęcał do bliższego zapoznania się z gorącymi źródłami, no ale przecież o to właśnie chodzi. Woda prosto z ziemi, śmierdzi siarką, no cóż przeżyjemy. Okazało się, że im dalej w las (w tym wypadku w wodę) tym gorzej.

Cały obiekt, delikatnie mówiąc jest oldchoolowy. Szatnie, przebieralnie, prysznic aż się prosi o renowację czy chociażby generalne ogarnięcie. Ale przecież nie do szatni tu przyjechaliśmy, ale żeby się wygrzać, uzdrowić ciało i ducha. Poza tym, baseny termalne powstały w 1800 roku, a wtedy nikt nie patrzył się na luksus a na zdrowotną stronę wód.

No dobra, to wchodzimy. Do wyboru spora ilość basenów – wszystkie wykonane z drewna, a na dnie zawsze zaskoczenie, piasek, muł lub kamienie. Chociaż Karolina mówiła, że gdyby tam pływał zdechły opos, wcale by się nie zdziwiła. Wrażenie wchodzenia w nicość potęgował czarny kolor wody. Ale ok, wciąż nie ważne jak to wygląda, ważny efekt końcowy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po zaakceptowaniu sytuacji, relaksujemy się.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bawimy i robimy zakłady, kto da radę wejść do najcieplejszych basenów.

Mateuszowi udało się wejść do głębokości… stóp.

Mimo wszystko bolało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A to podobno bardzo zdrowe jest.. ale mina Karoliny, nakładającej tę breje na siebie, mówiła, że nie warto się tak poświęcać… 🙂

Zdecydowanie lepiej było po prostu się relaksować, bo po chwili przywykliśmy i do zapachu i do otoczki tych gorących wód. Cóż z folklorem się nie dyskutuje, trzeba zaakceptować 🙂

Podsumowując, po paru godzinach czuliśmy się wypoczęci, ręce od pracy na farmie bolały jakby mniej, ale czy warto było jechać w jedną stronę aż tyle? Zgodnie możemy powiedzieć, że nie. Nie stracilibyśmy nic, odpuszczając tę atrakcję. Cóż może bylibyśmy mądrzejsi, gdybyśmy wcześniej dotarli, do świetnego swoją drogą, przewodnika po Nowej Zelandii – NZ Frenzy, który Ngawha Hot Springs podsumowuje: „…but if no miracle cure ensues, then at least your skin and swimsuit will smell like Ngawha for a few days.”  🙂 🙂 🙂

 

Advertisements

One thought on “Ngawha Hot Springs, czyli nie wszystko tu gra.

  1. A to wielka szkoda ze sie wam (nie)podobalo! To jest wspaniale miejsce, my je czesto odwiedzamy (od nas niecale 30km) ale w zimie – wtedy trzeba tam byc, nie w cieply sloneczny dzien! Ale gdy jest zimno, ciemno i nieraz pada descz – wygrzewac sie w tych kapielach jest wspaniale! No coz, nie wszystko ‘wszystkim’ gra….., wiga

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s